Kolejne utwory kontynuują bardziej rozbudowany i epicki rys, pozostawiając przebojowość na drugim planie. „V rozvalinach” to chyba najbardziej liryczny moment płyty, szczególnie dzięki urzekającemu damsko-męskiemu duetowi wokalnemu i przepięknym, progresywnym solówkom gitarowym. Co ciekawe, całość jest podparta pulsującą dynamiką perkusji i basu. Tę liryczną linię kontynuuje z początku „Safran karpatsky”, który zaczyna się jak „Moonchild” King Crimson, ale zaraz potem uderza gitarowo-rytmicznym transem znanym już z „Promenad chimer”. Niesamowity numer, również przez wspomniane „crimsonowe” brzmienia. Coś pięknego.
[halobox101]
Po tych nieco bardziej refleksyjnych momentach Bratrstvo Luny uderza najostrzejszymi gitarami w swojej historii . „Prvni z prokletych” zaczyna się niezwykle ciężko, ale zaraz potem znowu ucieka w bardziej progresywne rejony umiejętnie przeplatając melodię, wyraziste gitary i bardzo podniosłe, operowe wręcz akcenty. Ten podniosły klimat utrzymuje zdecydowanie „La Bastille”, które delikatną grę fortepianu zestawia z podniosłym refrenem, w którym pojawiają się hasła rewolucji francuskiej: wolność, równość i braterstwo. Po rewolucjach zwykle zostają zgliszcza tak więc cały album kończy utwór „Na spalenisti” („Na zgliszczach”) – długi, instrumentalny epilog podsumowujący muzycznie całość albumu, w którym powraca w chóralnych zawołaniach tytuł całej płyty.
[yframe url=’http://www.youtube.com/watch?v=wIPLSFKoW3U&feature=youtu.be’]





