
Na Castle Party jeżdżę od 2008 roku, z jedną przerwą, kiedy termin festiwalu zderzył się akurat z moim ślubem, no i oczywiście z pandemiczną przerwą, która dotknęła wszystkich. Poza tym właściwie zawsze tam jesteśmy, więc siłą rzeczy tę edycję też oglądam już w szerszym kontekście poprzednich lat. I właśnie z tej perspektywy wydaje mi się, że tegoroczne Castle Party było edycją dosyć udaną. Jak sobie liczę koncerty, które były dla mnie interesujące, ciekawe, wzruszające albo po prostu pozytywnie zaskakujące, to było ich całkiem sporo.
To jest skrót relacji mówionej. Całość można odsłuchać tutaj:
Czwartek
Czwartek już od dawna jest pełnowymiarowym dniem Castle Party. Scena parkowa, mimo że ma inny klimat niż scena zamkowa, jest dziś właściwie pełnoprawną sceną festiwalową, więc koncertów tam nie traktuję jako gorszych. W tym roku wyjątkowo udało mi się dotrzeć już na pierwszy koncert. Festiwal otworzyła Meluzyna i było to bardzo dobre otwarcie. To granie było bardziej punkowe niż gotyckie czy gotycko-punkowe, mniej wampiryczne, bardziej bezpośrednie, ale słuchało mi się tego bardzo dobrze. Skład sprawiał wrażenie młodego, ale zupełnie nie początkującego, przynajmniej jeśli chodzi o samo wykonanie. Było politycznie, było energetycznie, było też widać chemię w zespole. Pod względem wykonawczym ten koncert był lepszy niż niejeden późniejszy występ na tej edycji.

Po tym mocnym otwarciu przyszła kolej na poznański After the Sin, który dosyć mocno ochłodził atmosferę. Dla mnie ten koncert był chwilami zbyt zimny, zbyt monotonny, może nawet trochę usypiający. Tak sobie żartowałem, że to w sumie dobra nazwa, bo już jest po tym grzechu, a może właśnie trzeba by było dodać trochę ognia, żeby było w trakcie tego grzechu albo przynajmniej tuż przed nim. Na plus trzeba zapisać dodatkowy (damski) wokal który zdecydowanie urozmaicał całość – chciałbym go usłyszeć na żywo jeszcze więcej. To nie był zły koncert, ale po Meluzynie zabrakło mi tutaj energii. Potem pojawił się Mayflower Madame, pełny skład rockowy i granie bardziej profesjonalne niż w przypadku otwierającej festiwal Meluzyny. Na początku trochę ziewałem, ale z czasem pojawiły się transowe momenty, przy których zacząłem tupać nogą. Nie był to może koncert od razu porywający, ale miał swoje dobre fragmenty i spokojnie bronił się na żywo.

Denuit okazało się dla mnie najlepszym koncertem tego wieczoru. To był duet elektroniczno-wokalny, chwilami balansujący gdzieś między synth-popem a czymś bardziej klubowym. Przez quasi operowe wokale całość występu balansowała momentami niebezpiecznie blisko granicy obciachu, ale tej granicy na szczęście Denuit nie przekroczyło. Materiał był przebojowy, ciekawy i mimo oszczędnego składu udało się francuskiej ekipie zagrać naprawdę dobry koncert. Mimo oszczędnego instrumentarium duetowi udało się stworzyć show i zaangażować publiczność.
Gwiazdą czwartkowego wieczoru było Merciful Nuns. I paradoksalnie był to dla mnie chyba najsłabszy koncert dnia. Bardzo lubię ten zespół, mam ich płyty ( a nawet koszulkę!), ale tym razem nowe, bardziej epickie rzeczy po prostu nie działały na żywo tak dobrze, jak powinny. W prostszych numerach ten nieszczęsny dr Avalanche jeszcze się broni, ale przy bardziej rozbudowanych aranżacjach i bardziej epickich, nefilimowych, a nie sistersowych numerach brak żywego perkusisty był dla mnie mocno odczuwalny. Problem z Artaudem Sethem jest też taki, że niby zamyka kolejne projekty, dochodzi do jakiejś magicznej liczby (najczęściej siedem, albo dziesięć), zwija interes, a potem po paru latach wraca z następną inkarnacją (w przypadku Merciful Nuns jest to tetralogia o planecie Kvltan). Dawne rzeczy z pierwszych dziesięciu (sic!) płyt ujmowały prostotą, nowe, rozbudowane i opatulone w kołderkę z klawiszowych aranży (klawisze też leciały z taśmy) bywają już rozwałkowane jak naleśnik. Były pojedyncze bardzo dobre momenty, zwłaszcza przy starszych utworach, ale całość mnie zmęczyła i ostatecznie było to spore rozczarowanie. Mimo tego cały czwartek oceniam bardzo na plus.

Piątek
Piątek był dniem bardzo stojącym pod znakiem future popu i pewnie z piętnaście lat temu niejeden castlowicz dałby się posiekać za tak napakowany dużymi nazwami line-up. Na zamek dotarłem dopiero na Rotersand. Nie oczekiwałem zbyt wiele i właściwie dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem: coś pomiędzy koncertem a setem DJ-skim opartym na odgrywaniu materiału z wokalem. Fajnie było przypomnieć sobie te utwory, zwłaszcza największe hity, ale równie dobrze mógłbym ich posłuchać z płyty. Z koncertu najbardziej zapamiętałem chyba żart wokalisty: „we are from Germany, but we come in peace”, ale nie wiem czy to bardzo dobrze świadczy o koncercie.

Empathy Test mnie zawiodło (na tyle, że bardziej doceniłem występ Rotersand). Widziałem ten zespół kiedyś w warunkach klubowych (Dark Electro festiwal w Progresji) i wtedy brzmiało to lepiej. Tutaj była żywa perkusja i klawisze, ale nie udało się zbudować tej atmosfery, która powinna nieść taki materiał. Części osób ten koncert się podobał, mnie niestety nie przekonał. Hocico to zespół, który kiedyś bardzo lubiłem, jeśli chodzi o aggrotech i dark electro. Tym razem było trochę starych numerów (Poltergeist!) i te momenty działały najlepiej. Nie był to zły koncert, raczej porządny, chwilami nawet bardzo przyjemny, ale pod koniec wyraźnie siadł (po co ten cover Ministry z gitarą puszczoną z playbacku?). Było trochę tupania nogą i kilka numerów, które dobrze zadziałały, ale bez większego efektu zaskoczenia.
Diary of Dreams niestety rozczarowało dużo bardziej. Adrian Hates miał wyraźne problemy z wokalem, zwłaszcza na początku koncertu, i bardzo źle się tego słuchało. Dopiero druga połowa występu zaczęła brzmieć lepiej (i poleciały też starsze kawałki jak „Chemicals”, czy „But the wind was stronger”). Nie bawiłem się źle, bo stare utwory nadal robiły swoje, ale pierwsze wrażenie było na tyle słabe, że mocno popsuło mi odbiór całości. To boli tym bardziej, że uważam Diary of Dreams za jeden z najwybitniejszych zespołów w tym szeroko pojętym gotyckim graniu, więc tym bardziej człowiek sobie myśli: czy to ja źle słyszę, czy jednak naprawdę coś tu się rozjechało.

Po Diary of Dreams wszedł Covenant, który zastępował VNV Nation, i był to jeden z najlepszych koncertów całego festiwalu. Dostałem bardzo udany zestaw the best of, ale bez poczucia, że zespół tylko odrabia zadanie. Eskil dał radę znakomicie, reszta składu też zrobiła swoje, a koncert zwyczajnie niósł słuchaczy na falach muzyki. Był też ten element drobnego chaosu, kiedy coś tam plumkało nie zawsze dokładnie tam, gdzie powinno (zerkam tu w stronę Daniela Jonassona), ale bardziej dodawało to koncertowi ludzkiego charakteru, niż przeszkadzało. To był występ bardzo udany, jeden z tych, dla których warto jechać na taki festiwal. Po Covenancie przyszło coś nowego i bardzo zaskakującego, czyli Sierra Veins. To był jeden z najbardziej niesamowitych koncertów tej edycji. Jedna osoba na scenie, a jednak show było dopracowane co do minuty: ruch sceniczny, światła, dynamika, dramaturgia występu. Muzycznie było to gdzieś między industrialem, techno i szeptanym albo momentami niemal rapowanym wokalem. Nie sądziłem, że na Castle Party jeszcze coś mnie tak zaskoczy, zwłaszcza mnie, czyli kogoś, kto do bitów z pudełka, grania z puszki czy tzw. „grania z trupa” podchodzi raczej podejrzliwie.

Sobota
Sobotę z premedytacją spędziliśmy głównie przy scenie parkowej, bo ten dzień był tam mocno industrialny i po prostu bardzo mnie interesował. The Allegorist potraktowałem trochę jako ciekawostkę, ale ciekawostkę udaną. To była muzyka mało koncertowa w klasycznym sensie, bardziej ambientowa, oparta na elektronice, ale miała strukturę i dramaturgię, więc jako opowieści muzycznej słuchało się tego dobrze. To był raczej koncert do siedzenia na trawie i patrzenia w dach namiotu albo, gdyby organizatorzy bardziej się postarali i podwinęli boczne poły, może nawet w chmurki.

Po In Slaughter Natives chyba obiecywałem sobie trochę więcej. Sporo rzeczy na żywo się zgadzało, klimat też był jaki powinien być, ale przy tych marszowych rytmach brakowało mi po prostu żywego bębna, zwykłego werbla albo jakiegoś kotła, który nadałby temu jeszcze większej siły. To nie był zły występ, ale nie porwał mnie tak, jak mógł. Koncertu Xotox nie oglądałem nie ma sensu tego sztucznie dopowiadać, chociaż później oczywiście słyszałem, że zagrali „Popcorn”, na bis – co kto lubi. Za to This Morn’ Omina było bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Zespół przyjechał w dość rozbudowanym, pięciosobowym składzie i udało się skutecznie wprowadzić publiczność w plemienny trans dzięki żywym bębnom i wokaliście. Przy tego rodzaju muzyce zawsze zastanawiam się, ile będzie grania naprawdę na żywo, a ile tylko podparcia backing trackami. Występu Hybryds nie widziałem, więc też go po prostu pomijam.
Na koniec dnia przenieśliśmy się na zamek na Moonspell i był to bardzo dobry wybór. To są koncertowi wyjadacze, ale nie miałem poczucia, że odgrywają wszystko od niechcenia. Ważne było też to, że zespół wciąż ma coś do powiedzenia (rewelacyjny, nowy album „Far from god”), a nie tylko odcina kupony od dawnych szlagierów. Najbardziej cieszyło mnie to, że wybrzmiało sporo rzeczy z „Irreligious”, czyli mojej ulubionej płyty Moonspella. Zresztą było w tym coś zabawnego: Fields of the Nephilim nie było w tegorocznej edycji, Merciful Nuns nie dało rady, a tymczasem metalowcy z Portugalii przyjechali i zagrali bardzo porządny, chwilami wręcz modelowy koncert gotycki. Bardzo udany występ, mógłby być nawet dłuższy.

Niedziela
Niedziela wydawała mi się najmniej ciekawym dniem festiwalu, ale ostatecznie i tak przyniosła kilka bardzo mocnych punktów. Zawsze mam wrażenie, że w niedzielę wszyscy są już trochę mniej obecni, a to, co najciekawsze, wydarza się wcześniej, w czwartek albo piątek. Wybrałem się dosyć wcześnie na gdańsko-białostockie Agonised Too i to był bardzo udany początek dnia. Ostatni album „Eye Cry” jest naprawdę udany, i mieszanka kompozycji z tego krążka plus szlagierów z debiutanckiego LP naprawdę zadziałała.

Zastanawiałem się, czy nie pójść wtedy na Ira Noctis na scenę parkową, ale ponieważ widziałem ten projekt w styczniu we wrocławskim Liverpoolu (świetny gig) wybrałem Horskh i to był bardzo dobry wybór. To był jeden z lepszych koncertów festiwalu. Trzy osoby na scenie (ale grali jakby ich było sześciu), mnóstwo energii i bardzo udane połączenie elektroniki, industrialu i gitar. Wszystko tu miało sens, nic nie było doklejone na siłę. Bardzo często w takich zespołach gitarzysta jest po prostu po to, żeby występ na żywo miał rację bytu, ale tutaj wszystko było do siebie doskonale dopasowane. Koncert brzmiał w sumie lepiej niż płyty (co istotne na jesieni wychodzi kolejna – będę jej wypatrywał).

Potem przenieśliśmy się na scenę parkową na Diskonnekt i był to chyba najlepszy koncert dark electro albo agrotechu na tej edycji, przynajmniej z tych, które widziałem (no, do czasu występu Untern Nulla tego samego wieczoru). To jest muzyka gęsta, skondensowana i oparta stricte na elektronice, ale w formule krótszego koncertu zadziałała bardzo dobrze. Bardzo pozytywny, niezwykle konkretny występ.

Na chwilę wróciliśmy jeszcze na zamek, gdzie grało Ash Code, ale tutaj akurat się rozczarowałem. To trio przyjechało w okrojonym składzie i w niektórych utworach gitara leciała jako backing track. Po świetnym, żywym koncercie The Cure, który widziałem dwa tygodnie wcześniej, takie cure’owe granie w tej okrojonej formule po prostu mnie drażniło. Nie zostaliśmy do końca. Cold Cave słyszałem już spod zamku. Wydawało mi się, że publiczność reagowała lepiej niż przy Ash Code i że sam występ był też dużo lepszy – więcej było po prostu grane na żywo – ale to tylko domysły.

Unter Null było jednym z koncertów, na które czekałem, i mimo technicznych problemów nie zawiodłem się. Były kłopoty z nagłośnieniem wokalu i klawiszy, a sam start lekko się opóźnił, ale Erica Dunham nadrobiła to świetnym wokalem. Nie wiedziałem, że dysponuje aż tak dobrym głosem, który niósł cały występ. Widać też było, że cieszy ją granie w Polsce, chociaż okrzyki o pierogach mogliby sobie już naprawdę darować. Były minusy, ale sentyment i jakość wykonania zrobiły swoje. Ostatnim koncertem, który widziałem, był SKÁLD. To był poprawny, klimatyczny koncert folkowy, w pełni zagrany na żywo i na pewno dla wielu osób bardzo satysfakcjonujący. Ja podchodziłem do niego sceptycznie, ale słuchało się tego dobrze. Nie było w tym dla mnie takiej energii, jaką pamiętam choćby z Corvus Corax czy z innych mocnych koncertów tego typu, ale sam występ był udany. Wracając na kwaterę, słyszeliśmy jeszcze kończące całość Extize. Tego występu nie oglądałem już świadomie do końca, więc nie będę go szerzej oceniał, ale ten cały kabaretowy, ironiczny tryb z puszczaniem oka do publiczności to po prostu nie do końca moja bajka.

Na koniec
Afterparty tym razem znowu sobie odpuściliśmy, chociaż z kwatery bardzo dobrze było słychać, co grają DJ-e. Przyznam, że po prostu brakuje mi klubów i zwykłego parkietu zamiast trawy. Sama edycja była jednak udana: było kilka koncertów porządnych, kilka bardzo dobrych i parę takich, które naprawdę zostaną mi w pamięci. Najmocniej zapamiętam Sierra Veins, Covenant, Moonspell, Horskh, Unter Null, Meluzynę i Diskonnekt. Szkoda tylko paru rzeczy, których nie udało się zobaczyć przez nakładanie się występów, ale to już festiwalowa klasyka.
