Follow our profiles:

Miranda Cartel – Amethyst – recenzja

21 marca ukazał się album „Amethyst” polskiego projektu Miranda Cartel – utrzymanego w stylistyce dark wave, z elementami future popu. Za projektem stoi Arachna, znana już słuchaczom z formacji Lily of the Valley, wcześniej wydawanej przez Halotan Records.

Recenzja do odsłuchania na kanale Halotana:

„Amethyst” to pełnowymiarowe wydawnictwo, trwające 54 minuty, co w czasach dominacji krótkich form samo w sobie zasługuje na uwagę. Album jest dostępny na wszystkich głównych serwisach streamingowych, pojawiła się też wersja CD (winyl też w planach).

Miranda Cartel jest projektem jednoosobowym i stricte elektronicznym, w odróżnieniu od Lily of the Valley, gdzie istotną rolę odgrywała gitara. Nowy materiał skupia się na tanecznej stronie mrocznej elektroniki, operując brzmieniem kojarzącym się z przełomem lat 90. i 2000 – pojawiają się skojarzenia z albumem „SeelenSchmerz” Blutengela czy future popem z wczesnych płyt Culture Kultür. Obok gotyckiego klimatu obecne są odniesienia do trance’u końca lat 90. oraz muzyki dance, a miejscami nasuwa się nawet skojarzenie z estetyką Stachursky’ego, choć jest to raczej pierwsze wrażenie po włączeniu albumu niż jego pełniejszy obraz. Całość okazuje się znacznie ciekawsza, niż może sugerować jedynie etykietka „retro”.

Warto od razu zaznaczyć kilka elementów, które mogą nie przekonać części słuchaczy. Brzmienie nie jest przebasowione – współczesna muzyka taneczna zazwyczaj dużo mocniej eksponuje dół pasma, podczas gdy tutaj więcej jest przestrzeni i dynamiki. Aranże są dość proste i nieprzeładowane, co można uznać za zaletę: zamiast przekombinowania dostaje się klarowne kompozycje. Długość albumu – 57 minut – w obecnych realiach może być dla niektórych wyzwaniem, ale odsłuch mija zaskakująco szybko. W środkowej części płyty pojawiają się momenty, które są poprawne kompozycyjnie, ale mogłyby budzić pytanie, czy musiały się tutaj znaleźć – przykładem są „Floating Dimension” czy „Rider”. Jednocześnie warto pamiętać, że to pierwszy album od ponad dekady, więc naturalne jest, że nagromadziło się sporo materiału.

Kwestia „retro” brzmienia może być odbierana zarówno jako wada, jak i zaleta. Obecnie moda na retro sięga już nie tylko lat 80., lecz także 90., co dobrze widać chociażby na przykładzie projektu Novo Testamento, który od stylistyki italo disco przeszedł w kierunku estetyki lat 90.. W tym kontekście „Amethyst” wpisuje się w szerszy trend, ale robi to w sposób spójny z gotycką i darkwave’ową wrażliwością.

Najmocniejszym elementem zarówno Miranda Cartel, jak i Lily of the Valley pozostaje wokal Arachny. To jeden z tych głosów, których po prostu chce się słuchać: naturalny, dźwięczny, nieprzekombinowany, a przy tym niezwykle nośny. Arachna jest nie tylko wokalistką, ale też kompozytorką, obdarzoną bardzo dobrym uchem do melodii. Jej śpiew przywołuje skojarzenia z takimi postaciami jak Candia McKormack (Inkubus Sukkubus) czy, z bardziej „artystowskiej” strony, Tarja Turunen z czasów Nightwish – chodzi tu przede wszystkim o przyjemność słuchania i charakterystyczną barwę. Można odnieść wrażenie, że Arachna mogłaby zaśpiewać nawet w reklamie i nadal brzmiałoby to przekonująco.

Warstwa elektroniczna – brzmienia basu, bębnów, transowe staby czy wszechobecne arpeggia – jest stosunkowo konwencjonalna, ale znakomicie uzupełniają ją aranżacje i linie wokalne. W czasach, gdy wielu wokalistów opiera się na autotunie i nadmiernej obróbce, tutaj głos pozostaje naturalny, z minimalną ilością efektów, co pozwala w pełni docenić jego walory. Wokal nie jest dodatkiem do instrumentarium, lecz głównym nośnikiem melodii – często nie dubluje syntetycznych linii, tylko tworzy osobną, nadrzędną warstwę. Miejscami można odnieść wrażenie, że wokal stanowi 50–60% przekazu tego materiału, jeśli chodzi o to, na czym skupia się słuchacz. To ogromny atut wydawnictwa: zarówno samo brzmienie głosu, jak i zaproponowane melodie stoją na bardzo wysokim poziomie.

Pierwszym momentem, w którym całość zaczyna szczególnie przyciągać uwagę, jest trzeci na liście „Echo Freedom” – utwór bardziej „funky”, z ciekawszym zróżnicowaniem rytmicznym, na tle którego melodie wokalne błyszczą wyjątkowo mocno. Inny bardzo ciekawy moment to utwór tytułowy, również z bardziej zróżnicowaną dynamiką, czy pełen przestrzeni i klimatu „Black roses”.

Na płycie znalazło się również kilka spokojniejszych ballad: „Andromeda”, promowana teledyskiem, „Welt”, „Broken” oraz finałowy utwór z polskim tekstem, utrzymany w bardziej stonowanym klimacie. Podobnie jak w znanym z Lily of the Valley „Recognize”, pojawia się tu delikatny folkowy posmak, który bardzo dobrze współgra z naturalnym wokalem. To właśnie w tych bardziej oszczędnych aranżacyjnie kompozycjach – z większą przestrzenią, mniejszą liczbą beatów i większym naciskiem na melodię – głos Arachny może w pełni wybrzmieć.

„Amethyst” to ciekawe, wielowymiarowe wydawnictwo, które zdecydowanie warto poznać. Choć nowych płyt na polskiej scenie ukazuje się ostatnio niewiele, tym bardziej warto się cieszyć z takich propozycji i poświęcić im czas. Album nagradza uważnego słuchacza, zwłaszcza w drugiej połowie, gdzie dramaturgia i melodyjność osiągają najwyższy poziom. To materiał, który powinien zainteresować zarówno fanów klasycznego dark wave’u, jak i odbiorców szukających w polskiej elektronice czegoś więcej niż tylko współczesnych, przesterowanych basów.

Przewijanie do góry