Follow our profiles:

Dark Independent A.D. 2025 – spóźnione podsumowanie

Cześć, tu Adalbert. Witam w nieco (?) spóźnionym muzycznym podsumowaniu roku 2025 – tym razem w formie wpisu blogowego, opartego na odcinku podcastu Halotan Records (do odsłuchania niżej). Rok zamykam nie rankingiem „najlepszych płyt”, lecz przekrojem tego, czego naprawdę słuchałem: od niszowych projektów po bardzo znane zespoły, głównie w szeroko rozumianych rejonach industrialu, dark electro, post-punku i gotyku.

Poniżej odsłuchacie podcast, za wideo znajduje się jego skrócona transkrypcja.

Assemblage 23 – „Null”
Na początek przenosimy się do USA. Assemblage 23 to projekt Toma Sheara, który ma już około dziesięciu albumów utrzymanych w estetyce EBM / future pop / synth pop z domieszką industrialu. „Null” z 2025 roku to materiał skondensowany, świetnie wyprodukowany i bardzo przebojowy. Słychać tu zarówno bardziej industrialne, EBM-owe numery (jak „Lunatics”), jak i bardzo melodyjne utwory, w tym rewelacyjny „Waited” – lovesong zamykający płytę.
Album kojarzy mi się trochę ze „Storm” z 2004 roku: jest bardzo chłodny, miejscami odhumanizowany, ale – jak nakazuje kanon future popu – przez cały czas niezwykle melodyjny. To nie rewolucja, raczej przykład tego, jak powinien brzmieć dobrze zrobiony, współczesny future pop – czego w 2025 roku wyraźnie brakowało.

Autodafeh – „Greed”
Wciąż litera A – tym razem Szwecja i zdecydowanie EBM-owy Autodafeh. Poznałem ich przy debiucie „Hunt for Glory” około 2008 roku, później jednak trochę straciłem z oczu. Przy przygotowywaniu tego zestawienia okazało się, że 2025 przyniósł kilka bardzo ciekawych wydawnictw – w tym „Greed”.
Spodziewałem się EBM-u i faktycznie jest tu sporo klasycznego, surowego grania, ale duże wrażenie robi klimat w duchu oldschoolowego dark electro à la Vomito Negro. Utwory „Shame On You” i „Whispers From The Past” mocno przywołują takie skojarzenia, choć zespół zachowuje własny język. W wokalach słychać też echa Front 242. Eklektyczny, ale bardzo udany album, który solidnie mnie zaskoczył.

Das Ich – „Fanal”
Przechodzimy do litery D i niemieckiego klasyka dark wave – Das Ich. „Fanal” to ich pierwszy album od 2006 roku, co było częściowo związane z chorobą wokalisty Stefana Ackermanna. Płyta nie jest dostępna ani w serwisach streamingowych, ani na Bandcampie – autor muzyki duetu, Bruno Kramm, świadomie postawił wyłącznie na fizyczne nośniki (CD, winyl).
Muzycznie to bardzo typowy, mocny materiał Das Ich: dużo orkiestracji, teatralności i charakterystycznej ekspresji. Brakuje mi może utworów kalibru „Gottes Tod”, „Kindgott” czy „Garten Eden”, ale numery takie jak „Dantes Hölle”, „Brutus” czy „Lazarus” bronią całości.

Denuit – „Love Violence”
Zostajemy przy literze D, przenosząc się do Francji. Na tamtejszej scenie elektroniczno-gotyckiej dzieje się obecnie bardzo, bardzo dużo. Denuit z Montpellier i album „Love Violence” odnotowuję trochę z kronikarskiego obowiązku, ale też z autentycznym zainteresowaniem.
Nie słuchałem tej płyty bardzo intensywnie, ale sam fakt, że taka nowa, świeża muzyka powstaje, jest budujący. Denuit ma zagrać na Castle Party, więc warto się z nimi osłuchać zawczasu.

Diary of Dreams – Dead End Dreams EP „chapter 1”
Wciąż litera D – tym razem niemiecki gigant dark independent, Diary of Dreams. Formalnie zespół to w praktyce od lat głównie solowy projekt Adriana Hatesa. W 2025 roku ukazała się EP-ka „Dead End Dreams – chapter 1”, krótsza niż 30 minut – niestety materiał bardzo mnie wynudził.
Dawne krótsze wydawnictwa Diary of Dreams bywały rewelacyjne („Panik Manifesto” i „Menschfeind” to małe dzieła sztuki). Tym razem dostajemy fragment większej koncepcji rozciętej na rozdziały, co odbiera całości ciężar i domknięcie – tym bardziej, że nie wiadomo, kiedy spodziewać się reszty. Klimat wyraźnie nawiązuje do czasów „Nekrolog 43” / „Nigredo”: chłodniej, industrialniej ery DoD, ale proponowane utwory nie mają rozmachu, ani siły rażenia „the Plague”, czy „Kindrom”. Po odejściu Gauna A projekt sprawia wrażenie funkcjonującego trochę siłą rozpędu – wciąż jednak trzymam kciuki za pełnowymiarowy album na miarę najlepszych lat.

Groch – „Z wielkiej płyty sny”
Czas na coś z Polski. W 2025 roku ukazała się płyta „Z wielkiej płyty sny” projektu Groch – za którym stoi artystka Natalia Gadzina-Grochowska występująca jako Shagreen, znana m.in. z koncertów na Castle Party,a także jej mąż, Arkadiusz. To materiał bardzo mocno nastawiony na melodykę, a użycie języka polskiego sprawia, że łatwiej wgryźć się w teksty i emocje niż w samo Shagreen.
Wizerunkowo i w teledyskach Groch pozuje na zespół retro, odwołując się do Maanamu, Molchat Domy czy rosyjskiego Kina, czyli szeroko rozumianego dark / new wave z bloku wschodniego. Dla mnie jest to jednak muzyka absolutnie współczesna, korzystająca z syntezatorów i ejtisowych brzmień gitar jak z ponadczasowego języka rocka. Najbliżej -moim zdaniem – „Snom z wielkiej płyty” do klimatu „Malinowego króla” Urszuli i Budki Suflera. Właściwie wszystkie kompozycje (a szczególnie „Pociągi”, „Na dno”, „Manifestacje”, „Ludzie sukcesu”) są znakomite; tekstowo zdarzają się drobne potknięcia, ale całościowo to album, do którego najczęściej wracałem w 2025 roku – mój prywatny numer jeden.

Je T’Aime – „Useless Boy”
Je T’Aime to francuski zespół, który mogliśmy zobaczyć choćby na zeszłorocznym Castle Party i niedawno we wrocławskim Liverpoolu. Koncertowo – trio o ogromnej energii, które zamiast stereotypowego gotyckiego spleenu wnosi na scenę dużo radości i luzu.
„Useless Boy” to płyta anglojęzyczna, którą śmiało polecam fanom New Order, The Cure czy bardziej eleganckiej strony rocka w rodzaju Roxy Music. Retro-nawiązania do lat 80. są tu środkiem, nie celem.

H.exe – „Anthems of the Unseen Tide”
Pod literą H znajdziemy H.exe i ich dwupłytowy album „Anthems of the Unseen Tide”. Czekaliśmy na niego „tylko” 11 lat – w porównaniu z prawie dwudziestoletnią przerwą Das Ich wypada to wręcz skromnie. O płycie pisałem wcześniej w osobnej recenzji, więc tu tylko kilka zdań.
Nowe utwory świetnie wpasowały się w koncertowy set, który w styczniu we wrocławskim Liverpoolu pokazał, że gitarowa, mocno metalizująca wersja projektu działa znakomicie na scenie. W odsłuchu domowym częściej wracam jednak do wariantu elektronicznego – obie odsłony mają sens, każda dla nieco innego odbiorcy. „Anthems…” to wyraźny koncept-album, z rozbudowaną narracją i epickością, jakiej wcześniej w tym projekcie nie było.

Lacrimosa – „Lament”
Litera L i Lacrimosa. Na początku 2025 roku ukazał się „Lament” – album zamykający tryptyk rozpoczęty „Testimonium” i „Leidenschaft”. To udany, spójnie skomponowany materiał, który najlepiej działa jako całość. Oczywiście znajdziemy tu także przeboje, jak „Avalon”, ale największą przyjemność sprawiają pierwsze utwory, budujące krok po kroku klimat płyty.
Produkcyjnie nie jest to rozmach „Elodii”, „Fassade” czy „Echos” – realia są dziś inne, a momentami perkusja brzmi wręcz jak automat. Trzy ostatnie albumy odbieram jednak jako wyraźny powrót Lacrimosa do bardzo wysokiej formy.

Kompromat – „Playing Praying”
Cofamy się na chwilę do litery K i francuskiego duetu Kompromat. „Playing Praying” to płyta śpiewana po francusku i angielsku, mniej zanurzona w klasycznym szansonie (trochę ironizuję), a bardziej w electropunku i mrocznej elektronice.
Traktuję ten album jako ciekawostkę. Jest bardzo eklektyczny, nie kupił mnie od pierwszego odsłuchu, ale cieszy mnie, że taka hybryda powstała. To jedna z tych płyt, które warto odnotować, nawet jeśli nie trafiają od razu do ścisłego topu.

La Santé – single 2024/2025
Wracamy do litery L i polskiego projektu La Santé – wywodzącego się z Puław, obecnie działającego ze Szwecji. W latach 2024–2025 ukazało się sporo nowych nagrań w formie singli i mini-albumów: „Play”, „Feel the Ground”, „Jest cicho”, „Jestem na wojnie”, „Maszyny”, „Ja”, „Na na” i inne.
To zimnofalowy polski EBM z polskimi tekstami i cieszy mnie, że Andre van der Berg tak regularnie publikuje nowe rzeczy. Sam sprawdzam każdą nowość i bardzo polecam zaglądać na Bandcampa La Santé.

Leæther Strip – „Fucking Perfect”
Wciąż litera L – Leæther Strip i album „Fucking Perfect”. Claus Larsen od lat publikuje bardzo dużo materiału – zarówno autorskiego, jak i coverów w ramach serii „Appreciation”. W głowie zatrzymałem się mniej więcej na „Spæctator”; wcześniej bardzo podobały mi się „Escapism”, „Untold Stories” i „Mental Slavery”.
Problem polega na tym, że nowe autorskie płyty zaczęły brzmieć do siebie bardzo podobnie: wciąż te same bębny, podobny bas, ta sama produkcja wokalu. Nawet jeśli pojedyncze utwory są dobre, trudno słuchać tego długo w całości – szczególnie w porównaniu z latami 90. czy najlepszymi płytami po reaktywacji. Tym chętniej wracam do remake’ów wczesnych albumów (seria „Retention”). Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś pojawi się duży, industrialny album z bogatą warstwą sampli i odważną produkcją wydany pod szyldem Leæther Strip.

Potochkine – „Sang d’encre”
Przeskakujemy kawałek alfabetu do litery P. Potochkine to kolejny francuski duet – klawisze i wokal – najbardziej „techno” projekt w tym zestawieniu. Muzycznie to berghainowe, ciężkie techno, a w warstwie lirycznej – poetycka recytacja.
Nie do końca przekonuje mnie ta formuła: pełne techno-bity z recytacją zamiast klasycznej struktury piosenkowej, mimo bardzo dobrego wokalu. Częściej wolałbym usłyszeć „normalne” piosenki. Jednocześnie to ciekawy eksperyment – obok tanecznych numerów pojawia się rozbudowany, bardziej ambientowy utwór, co poszerza spektrum projektu.

Suede – „Antidepressant”
Przy literze S nie sposób pominąć Suede. To bardzo znany brytyjski zespół kojarzony z britpopem, ale „Antidepressant” z 2025 roku ma w sobie sporo postpunkowej energii.
Sam zetknąłem się z Suede dopiero około dekady temu, przy okazji koncertu na OFF Festivalu, a późniejsze albumy po reaktywacji („Night Thoughts”, „The Blue Hour”) bardzo polubiłem. „Antidepressant” uważam za najlepszy z tego późniejszego okresu. Suede to dobry przykład zespołu, który potrafi wydać znakomity album także w późniejszej fazie kariery – i jednocześnie przeżywa drugą koncertową młodość.

Sierra Veins – „In the Name of Blood”
Wracamy do rzeczy bardziej niszowych i znów do Francji, tym razem do paryskiego projektu Sierra Veins (wcześniej: Sierra). „In the Name of Blood” łączy berghainowy, klubowy drive z EBM-em, klasycznymi piosenkami i epickimi, syntezatorowymi formami ilustracyjnymi.
Z jednej strony mamy szalony, EBM-owy „Memory Cells”, z drugiej – znakomity instrumental „It Was Written” oraz piękną balladę „The End of Time” zamykającą płytę. To w dużej mierze solowy projekt producencki; można go sobie wyobrazić jako sytuację, w której producentka pokroju Zamilskiej skręca w stronę gotyku i zaczyna śpiewać. Dla mnie – jedno z najciekawszych połączeń techno, EBM i gotyku w 2025 roku.

Ultra Sunn – „The Beast in You”
Ultra Sunn widzieliśmy na ostatnim Castle Party. Na żywo projekt sprawdza się znakomicie – publika bawiła się doskonale. Studyjnie muzyka porusza się pomiędzy EBM, future popem i dark wave.
Mam jednak wrażenie, że całość jest dość jednorodna – brakuje mi większej różnorodności i wyraźniejszego wychylenia w jedną stronę stylistyczną. Mimo tej monotematyczności to wartościowa pozycja, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, jak dobrze działa koncertowo.

Under the Skin – „Never Return”
Zostajemy przy literze U i przechodzimy do polskiego zespołu Under the Skin, który wydał album „Never/Return”. To bardzo przyjemny w odbiorze materiał w klimatach zimnej fali i gotyku. Miałem okazję zobaczyć ich przed She Past Away w Poznaniu i muszę przyznać, że ten koncert przekonał mnie bardziej niż wcześniejszy projekt Deathcamp Project.
„Never Return” jest dobrze wyprodukowany i spójny estetycznie. Nie znajdziemy tu może wielu oczywistych hitów, ale równy poziom całości, w połączeniu z mocną formą na żywo, sprawia, że warto śledzić dalsze kroki zespołu.

VNV Nation – „Construct”
Litera V to VNV Nation i album „Construct”, zapowiadany w parze z kolejnym krążkiem „Destruct”. Okładka nawiązuje do estetyki Factory Records i projektów Petera Saville’a, co samo w sobie buduje oczekiwania.
Niestety „Construct” bardzo mnie wynudził. Świetne chóralne intro i udany, alt-rockowy „Close to Heaven” stanowią wartościowe utworu, ale pojawia się też dużo przeciągniętego patosu w duchu „Save Me”. Już przy „Electric Sun” miałem problem z utrzymaniem uwagi przez cały album, choć „Wait” był tam jasnym punktem. „Noire” z 2018 roku nadal pozostaje dla mnie niedoścignionym punktem odniesienia jeśli chodzi o ostatnie albumy VNV. Rozbicie nowego materiału na dwa albumy paradoksalnie jeszcze mocniej uwidacznia problemy kompozycyjne.

Spark! – „Cirkeln är sluten”
Cofamy się jeszcze raz – do litery S i szwedzkiego duetu EBM-owego Spark!, z albumem „Cirkeln är sluten”. To bardzo oldschoolowy, oszczędny w aranżacjach EBM z rewelacyjnym, emocjonalnym wokalem. Muzyka jest chłodna, ale śpiew nadaje jej dużą intensywność.
Teksty są po szwedzku i nie udało mi się dotrzeć do ich przekazu, więc warstwa liryczna pozostaje częściowo tajemnicą. Spark! lubią filmowe cytaty: jeden z wcześniejszych albumów otwierał fragment „Siódmej pieczęci” Bergmana, a „Cirkeln är sluten” również zaczyna się cytatem o nieustalonym źródle. Okładka – Śmierć grająca EBM-owy set – świetnie oddaje lekko kiczowaty, ale bardzo charakterystyczny klimat całości.

Xo.en – gotycki metal z polskim akcentem
Na koniec litera X i polski projekt XION z Agatą Pawłowicz na wokalu i Markiem Noskim odpowiedzialnym za instrumentarium. Ten materiał recenzowałem już osobno, więc tutaj tylko krótkie przypomnienie.To gotycki metal mocno zakorzeniony w tradycji Closterkellera, My Dying Bride, Artrosis czy dawnej Anathemy. Bardzo lubię ten styl – zarówno z powodów estetycznych, jak i sentymentalnych – więc cieszę się, że w 2025 roku pojawił się także taki „cięższy” akcent.

Kilka słów na zakończenie
Tak wygląda moje alfabetyczne podsumowanie 2025 roku – czasu, w którym obok wielkich nazwisk pojawiały się mniejsze, ale bardzo interesujące projekty. Mam nadzieję, że nowe wydawnictwa będą wpadać w moje ręce (i uszy) częściej, a ja znajdę czas, żeby reagować szybciej i recenzować je w krótszej, bardziej zwartej formie.

Przewijanie do góry